Dorado Triada - Woblery Przygoda Produkty Gdzie Kupić Firma Sklep
  Zaloguj się...
 login
 Hasło
kontakt  KONTAKT siedziba  SIEDZIBA
Przjaciele piszą
Dorado Triada - Forum
Dorado Triada - Rekordy
O Woblerach Dorado Triada
Drużyna Dorado
  Przyjaciele Piszą [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14]  
Jacek Olszewski Powrót do listy artykułów
La Grande Silure
Duchy ożyły. Wiosna. Zaczęło się od zwykłych pogaduszek w robocie. Może by tak do Szwecji na łosośki, może do Hiszpanii na Ebro, może na deltę Wołgi? A może na Słowację? Tu za drogo, tam za daleko, na Słowacji ponoć trzeba wykupić drogą kartę. Może jednak Wołga? Telefon do Darka rozwiewa wątpliwości. Wołga? Kicha! Straszny kawał drogi, dużo kasy na przewodnika z łodzią i ponoć z rybami coraz gorzej. Jeśli na ryby to tylko na Pad do Włoch! Dieselek osobowy (1200 km), licencja (podobno 50 euro), namiocik, prowiant z Polski, łódka na przyczepkę koszty na osobę wychodzą małe, ok. 400 zł! No to LECIMY! Pierwszy wymiękł Marian, a to żona, a to kasa, a to coś tam. Dobra lecimy we trzech. Przygotowania zrobione, prowiant kupiony, sprzęt pożyczony od kolegów (dzięki Marek!), jutro wyjazd. I co? Pęka Wojtek. Dzień przed wyjazdem głuche telefony. Brak kontaktu. Rano w dzień wyjazdu żona Wojtka mówi, że nie jedzie.. Też go chyba dopadł cykor. Choć na 2 dni przed wyjazdem był 200% pewniakiem! Co robić? W dzień wyjazdu raczej trudno znaleźć wariata na tydzień do Włoch pod namiot.. Szybka decyzja jedziemy we dwóch! Na Darka, na szczęście, można liczyć. Piątek, 15 kwiecień, godz. 17.00, startujemy z Krosna na przejście graniczne Cieszyn.. Po paru kilometrach zepsute przez kolegów humory zaczynają się poprawiać. To jest to co lubię, droga, kilometry, miasta, a w radiu pulsujący Roadhouse Blues The Doors: ...let it roll, baby, roll, all night long!.... Te ;filmy drogi mają coś w sobie. W Czechach uzupełnienie browaru, w Austrii - Wiedeń by night i krótka drzemka na stacji w aucie, rankiem podziwiamy Alpy i tunele. Sobota, godz. 13.00 jesteśmy nad Padem. Zajeżdżamy na Camp do Austriaka,

Wallerkamp

gdzie zamieszkuje silna ekipa naszych ziomków (11), zebrana przez Maćka i Szymona. Ceny wbijają nas w ziemię! Za 4-os. domeczek (piętrowe łóżka, stolik i prąd) ok. 450 euro za tydz. od łebka + łódka ze 100 + paliwo. Za rozbicie namiotu Austriak chce od nas 300 euro za tydzień. Takie są ceny nad Padem. Postanawiamy poszukać miejsca na dziko. Ponoć na 1 dobę można rozbijać się śmiało. Tylko Austriak nie chce nam sprzedać licencji bo się u niego nie rozbijamy. Ciul! Spędzamy towarzyski wieczór z chłopakami z Polski, pizza, wino i opowieści do późnej nocki, Szymon zdradza nam dobrą miejscówkę do wodowania i noclegu. Jutro tam pojedziemy a dziś odjeżdżamy w pobliskie nadrzeczne zarośla i kimamy w aucie, jak niemowlaczki.

Noc nad Padem

Niedzielę spędzamy na poszukiwaniu najlepszych miejscówek na dzikie obozowiska, mamy już kilka na oku. Spacerując nad Małym Padem w pobliżu dwóch mostów widzimy zbliżającą się łódź Szymona z chłopakami, jeden z nich ma na kiju coś wielkiego. Po pół godznie wciągają do łodzi suma 193 cm (ok.50 kg).

Smok z Padu
Smok z Padu
193cm
193cm

Wiemy już gdzie się rozbijemy ; pod mostem! Teraz tylko gdzie kupić te cholerne licencje w niedzielę!? Sumisko ostro nas podjarał do boju! Jedziemy do pobliskiego miasteczka do sklepu wędkarskiego. Gapiąc się na zamknięte drzwi sklepu widzimy cud. Podjeżdża na rowerku szefowa sklepu i otwiera drzwi.. Kopary nam opadły i wybełkotałem tylko: licences for fishing? Si, si odparła, 38 ojro na 3 miesiące. Hura! Po południu wodowanie łajby. Tu druga niespodzianka stary, pożyczony silnik nie chce zajarać. Pech! Ze dwie godziny męczymy go i odkręcamy świece. Ni ch... nie pali! Potem podpływa Maciek i po prostu odkręca zakręcony kranik od paliwa.. Nic już nie powiem (się proszę nie śmiać, my pierwszy raz na spalinowym..). Do wieczora blisko nic już nie łowimy. Nocki pod mostem były nader ciekawe,

Noc pod mostem

paliliśmy ogniska, piekliśmy włoskie ziemniaczki, gotowali spaghetti, popijali czeskimi i włoskimi trunkami (polecam w kartonie 1L Bianco po 1,30e) i gadali. Było też włoskie Brandy prezent-pamiątka po naszym koledze Wojtku. Na obiadki chodziliśmy czasem na pizzę do pobliskiego miasteczka (6-10euro). Nie pijcie piwa w barach! Kosztuje od 3,5e w górę! Lepiej winko. Ranki to kawa i włoska jajecznica z patelni, potem do boju na wodę! Po kilku dniach łowienia musieliśmy pochylić głowy przed włoskimi sumami. Nie z takim sprzętem na te olbrzymy!

Portret potwora

Choć wydawał się nam ciężki, to powiem, że pleciona 50 to minimum na taką wyprawę, kotwice Gamakatsu nr. 2/0 rozginały się jak spinacze biurowe, multiplikator Darka rozsypał się na części, a kije do 200 g. trzeszczały jak zapałki. Jeden z zaciętych sumów ciągnął nas na łódce pod prąd jak parowóz! Rozgiął kotwice.. Inny, po pół godzinnej walce, zwyczajnie wypiął się z tępych morskich kotwic.

Były emocje

Raz, mieliśmy jednoczesne branie na 2 wędkach. Wreszcie poczułem co to jest Big Game, kto silniejszy, ty czy potwór z głębin, nie jakieś tam pikusie na muszkę czy aglię 01, to jest to! Po kilku wieczorach na pieczonych ziemniaczkach i gorzałce, wreszcie dopadliśmy Silura (ok. 10 kg)

Ja z metrowcem

i przyrządziliśmy go duszonego na patelni z warzywami. Palce lizać. Ostatni padł ostatniego dnia, na 5 min. przed spaleniem ostatniej kropli benzyny w naszym rozklekotanym silniku. Sprawiony, obłożony pokrzywami i trawą, zajechał w łodzi, w idealnym stanie do Polski. Hol takiego sumka na ciężkim sprzęcie trwa 5 minut.

hol
hol
Na zakończenie
Na zakończenie

Wyobraziliśmy sobie jakie kolosy ciągały wcześniej naszą łódkę.. Łowiliśmy w większości na trolling, na woblery Darka. Choć Niemcy i Austriacy łowią na 250g. spławie, na żywe 40-50 cm węgorze. Sumy zawsze brały przy głębszych dołach rzecznych (od 10 d0 20m głębokości), na spadach. Cofki, zawirowania, spowolnienia nurtu przy głębinach to ich najlepsze miejsca. Woblery przygotowane przez Darka schodziły na 5 do 8m, tam też było najwięcej brań. Echosonda konieczna! Którejś nocy, leżąc na pomoście i pijąc herbatkę usłyszeliśmy żerujące sumy. Co chwila rozlegał się potężny plusk, a mniejsze ryby wyskakiwały w popłochu nad wodę, oświetlone z latarni na moście. Bez słowa chwyciliśmy za sprzęt i na wiosłach popłynęliśmy na środek nurtu. Po drodze, płynąc, przywaliliśmy łodzią w grzbiet jakiegoś suma, który w popłochu zrobił lej za burtą. Żer trwał około pół godziny i mimo, że w okół słyszeliśmy i czuliśmy ryby nie udało nam się złowić na spinning suma. Ale przeżycie było niesamowite. Potem wszystko ucichło. Czwartego dnia pod nasz most zawitał "crazy" dziadek, Włoch, którego chyba wyrzucili z domu, bo miał całe auto tobołów i szczekającego psa. Spytał czy nam nie przeszkadza i zamieszkał w aucie pod mostem, od czasu do czasu trąbiąc klaksonem, co było szczególnie uciążliwe w nocy, (chyba z wściekłości na babkę?). Pomachał nam na dowidzenia, gdy odjeżdżaliśmy. Na pewno tu wrócimy! - krzyczeliśmy do diadka. Tylko lepiej przygotowani sprzętowo. Ostre, nierozginalne kotwice to podstawa. Mocny kij do trollingu (300-400g) też. Poza tym Darek obiecał dopracować swoje woblery, żeby schodziły jeszcze głębiej. No i lato to przecież najlepsza pora na Grande Silure! Włosi twierdzili, że kwiecień jest do niczego. Wracaliśmy przez Słowację, zdecydowanie lepsza i szybsza droga niż w Polsce. No i tani browar. Koszty wyprawy (nie licząc wypadów do barów!) mniej więcej się zgodziły. Z opłat doszły tylko autostrady w Czechach, Austrii i Włoszech ok. 120 zł na auto i benzyna do silnika na łodzi. Także do odważnych traperów: do zobaczenia nad Padem! PS. Dzięki Darku za wspólną przygodę i za woblery DORADO! Biłgoraj, 05.05.05 r. Jacek kontakt: jaceko@brwsa.com.pl

Powrót do Listy     |     Do góry
Copyright © 2005 Dziki (HTML, PHP, JavaScript), Ariusz (Design)